PODRÓŻ PRZEZ WULKANICZNE WZGÓRZA I LODOWE PRZESTWORZA 

cz. III

 

I S L A N D I A

„Każda droga na Islandii prowadzi do innego świata - a wszystkie razem uczą,

że największe podróże odbywamy nie tylko w przestrzeni, ale i w sobie.”

  

" Ta podróż była czymś więcej niż przemierzaniem kilometrów.

Islandia - dzika, milcząca, nieprzewidywalna. Otworzyła we mnie drzwi, o których istnieniu zapomniałam.

Z każdym krokiem czułam, jak odklejam się od tego, co zbędne - zostając tylko z tym, co prawdziwe.

I choć wróciłam, moje serce zostało tam na zawsze. W wietrze, który targa włosy, w ciszy między górami, w odbiciu światła na wodzie."


  

overthehorizon

25/09/2025

Magia północnej Islandii - ostatni rozdział islandzkiej opowieści.

Tu zachwyt dzieje się bez ostrzeżenia. 

 

Witaj w ostatniej części islandzkiej opowieści - podróży, która została na zawsze w moim sercu i całkowicie zmieniła spojrzenie na świat.

Dziś zabieram Cię w dalszą wędrówkę przez północne i zachodnie tereny Islandii -miejsca dzikie, majestatyczne i pełne magii. To podróż, która nie tylko cieszy oczy, ale też porusza serce. Choć to już trzeci i ostatni rozdział opowieści z mojej wyprawy na Islandię, emocje są wciąż żywe; jakby wszystko wydarzyło się wczoraj. Ta surowa, pełna kontrastów wyspa raz jeszcze zaprasza do swojego świata. Świata ciszy, potęgi żywiołów i głębokich odkryć.

Usiądź wygodnie, weź głęboki oddech i pozwól sobie przez chwilę być tu i teraz. Zostaw za sobą pośpiech, schematy i szum codzienności. Daj się zaprosić do świata, w którym odnajdziesz spokój, zachwyt i… może również cząstkę siebie.
 

 

 

Islandia Północna, Zachodnia i niedostępne Fiordy - trzy oblicza dzikiej wyspy.

 


Planem na najbliższe trzy dni była przeprawa przez północną, północno-zachodnią Islandię oraz Fiordy Zachodnie.

Północna Islandia to region surowy i dziki, w którym długie, niekończące się drogi wiją się pośród malowniczych dolin. To tutaj można stanąć na krawędzi majestatycznego krateru wulkanu Hverfjall, odkryć jedne z nielicznych na naszej planecie pseudokratery, otoczone seledynową taflą jeziora Mývatn, czy poczuć potęgę natury przy „boskim” wodospadzie Dettifoss. Północ to również królestwo zorzy polarnej - idealne miejsce, by polować na to niezwykłe zjawisko i doświadczyć jego magii na własnej skórze.

Fiordy Zachodnie uchodzą za najbardziej dziki i odizolowany fragment Islandii. To ziemia, której wiek szacuje się na około 16 milionów lat - to najstarsza część kraju. Krajobraz tu jest surowy, niełatwy do zdobycia, lecz spektakularny. Strome klify, głębokie fiordy i dramatyczne krajobrazy kuszą, by podjąć trud dotarcia w to miejsce. Najłatwiej odwiedzić je latem - od maja do września, gdy śniegi ustępują, a drogi stają się przejezdne. To także kraina dzikiej przyrody, w której spotkać można m.in. lisy polarne.

Zachodnia Islandia wydaje się być bardziej cywilizowaną częścią wyspy. Szczególnie w porównaniu z odludną północą, gdzie trzeba było dokładnie planować trasę i ilość paliwa, by nie utknąć w środku pustkowia. Zachód to swoiste turystyczne zagłębie: kolejne atrakcje leżą blisko siebie, a podróżując samochodem, niemal nie zdążysz się rozgrzać, gdy już zatrzymujesz się przy następnej. To tutaj odkryjesz stolicę kraju - Reykjavík, malowniczy półwysep Reykjanes, Park Narodowy Þingvellir, słynną Blue Lagoon, a także wyjątkowy most łączący dwa kontynenty.

 

Islandia to wyspa, która uczy, że każdy jej fragment ma swoje własne oblicze - od dzikiej północy, przez niedostępne Fiordy Zachodnie, po tętniący życiem zachód. To podróż, w której uczymy się pokory wobec natury, ale też wdzięczności za możliwość odkrywania tak różnorodnego świata.

 

 

 

 

 

 

 

„Czasem najmniejsze miejsca niosą najgłębsze historie.

Trzeba tylko umieć słuchać, jak opowiada je woda.”

  

„To nie luksusowe hotele pamiętasz po latach, tylko noce pod gołym niebem, pośród pradawnych fiordów, w cieniu gór i w szumie wiatru.”


  


„Między kontynentami, pod taflą lodowcowej wody, spotykają się nie tylko płyty tektoniczne.

Spotykają się marzenia i odwaga, by je spełniać.”


  

Silfra - szczelina między dwoma kontynentami.

 

Jedno z najbardziej pożądanych miejsc do nurkowania na świecie.

 

Wąski kanion, obrośnięty miękkim islandzkim mchem. Widok na majestatyczne góry, barwnie zachodzące słońce i chmury odbijające się w krystalicznie czystej wodzie pochodzącej prosto z lodowca Langjökull. Na brzegu - żeliwne schodki i rampa prowadząca prosto do szczeliny.


Wymarzona sceneria dla każdego podróżnika ale i nie tylko. To również święty Graal dla nurków z całego świata, którzy przybywają tu, by spróbować swoich sił i wpłynąć do szczeliny między dwiema płytami tektonicznymi.


Ponad 100 metrowa widoczność pod wodą, oszałamiająca przejrzystość, wiele podwodnych, nieodkrytych jaskiń i maksymalna głębokość dochodząca do 63 metrów to istny raj dla żądnych przygód. Mówi się, że wody Silfry to najczystsze miejsce do nurkowania na świecie!  To niepowtarzalne doświadczenie kusi każdego, kto choć raz usłyszał o tym miejscu. Prawdę mówiąc, gdy po raz pierwszy zobaczyłam to wyjątkowe miejsce, nie musiałam długo czekać, aż myśl o zanurkowaniu w krystaliczne wody lodowca - stanie się moim kolejnym marzeniem. 

Samo już podziwianie Silfry z lądu potrafi przyprawić o zawrót głowy, a myśl o zanurkowaniu w tej podwodnej szczelinie wystrzeliwuje adrenalinę w kosmos.


Jednak pamiętajcie - taka przygoda wymaga odpowiedniego przygotowania i nie należy do najłatwiejszych. Maksymalna bezpieczna głębokość, na którą można zejść to 18 metrów, a nurkowanie tutaj wiąże się z konkretnymi wymogami technicznymi oraz organizacyjnymi.


Dlatego jeśli ta myśl już kiełkuje w Waszych głowach - koniecznie zajrzyjcie w odmęty internetu i dokładnie zapoznajcie się z zasadami oraz warunkami nurkowania w Silfrze.

 

Silfra to nie tylko szczelina między kontynentami. To symbol granicy - tej dosłownej, geologicznej, i tej wewnętrznej, którą każdy z nas w sobie nosi.


 

Wodospad Öxarárfoss

 

To jedno z tych miejsc,

które nie narzuca się swoją wielkością. 

 

 

Choć nie imponuje rozmiarami jak inne islandzkie wodospady, to jego skrytość i tajemniczość przyciągają podróżników szukających miejsc z duszą. 


Krystalicznie czyste wody Öxarárfoss wypływają z rzeki Öxará i spadają z potężnych klifów wąwozu Almannagjá. Otoczony głazami porośniętymi mchem, w blasku zachodzącego słońca wygląda niemal magicznie. Aż trudno uwierzyć, że takie miejsca istnieją naprawdę.

 

Według lokalnych legend, w noc sylwestrową z wodospadu zamiast wody może popłynąć wino - jako zapowiedź dobrobytu, lub krew - jako zwiastun wojny. To tylko dodaje temu miejscu mistycyzmu i głębi.

 

To miejsce  zaprasza do uważności. Do wiary w to, że magia nadal istnieje - jeśli tylko pozwolimy sobie ją dostrzec.
Wystarczy spojrzeć, jak światło tańczy na kamieniach, jak mech chłonie ciszę, jak woda szepcze między skałami.


 

„Są miejsca, które nie tylko rozdzielają kontynenty. One łączą człowieka z jego początkiem.”

  

Park Narodowy Þingvellir

 

Grzbiet Oceanu Atlantyckiego - naturalny cud świata.

 

To jedno z tych miejsc, które dosłownie rozrywa Ziemię na pół.


To właśnie tutaj stykają się dwie potężne płyty tektoniczne - eurazjatycka i północnoamerykańska - tworząc Grzbiet Śródatlantycki. Choć zazwyczaj grzbiet ten ukryty jest głęboko pod wodami Atlantyku, Islandia stanowi jedno z nielicznych miejsc  na świecie, gdzie wynurzył się na powierzchnię. I właśnie w Þingvellir możemy ten cud natury zobaczyć na własne oczy! 


Doświadczenie zobaczenia z bliska ryftu oceanicznego to coś absolutnie fenomenalnego! To jak dotknięcie potęgi Ziemi, która wciąż się przekształca. Potężna siła natury jest w Islandii widoczna na każdym kroku - i to właśnie zachwyca mnie najbardziej. Ta prawda, ta dzikość, ta nieokiełznana energia - nieskażona ludzką ręką, pierwotna i autentyczna.


Park otoczony jest jednymi z najpiękniejszych gór, jakie kiedykolwiek widziałam. Nie wiem, czy to kwestia padającego światła, ich unikalnej struktury, czy może magii chwili - ale był to widok absolutnie niepowtarzalny, który na zawsze zapisał się w mojej pamięci. Góry rozpościerające się ponad doliną Þingvellir to: Hrafnabjörg, Botnsúlur, Skjaldbreiður oraz Ármannsfell - a dwie ostatnie dosłownie zaparły mi dech na długie chwile. 

Þingvellir to nie tylko cud natury, ale również miejsce, gdzie historia i duchowość splatają się w jedno. Tu, w samym sercu rozdzielających się płyt tektonicznych, bije serce islandzkiej tożsamości. Spacerując pośród monumentalnych skał i wsłuchując się w ciszę doliny, trudno nie poczuć powagi tego miejsca - jakby ziemia wciąż szeptała opowieści przodków. To właśnie tutaj, ponad tysiąc lat temu, powstał Althing - jeden z najstarszych parlamentów świata.

Przez wieki, aż do 1798 roku, w tej dolinie odbywały się zgromadzenia ludowe i obrady rządu. Þingvellir przypomina, że podróż to nie tylko odkrywanie krajobrazów, ale też sięganie do korzeni ludzkiej wspólnoty i poszukiwanie sensu w historii, która ukształtowała dane miejsce.
Wszystko to sprawia, że miejsce to zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i stanowi jedną z głównych atrakcji słynnej trasy Golden Circle. Þingvellir ma do zaoferowania znacznie więcej, dlatego warto zarezerwować sobie kilka godzin na spokojny spacer pomiędzy monumentalnymi, pionowymi ścianami ryftu oceanicznego. Znajdziemy tu m.in: 

 

⦁    Wąwóz Almannagjá
⦁    Drekkingarhylur 
⦁    Wodospad Öxarárfoss
⦁    Silfra
⦁    Kościół Thingvellir
⦁    Jezioro Þingvallavatn

Ciekawostka: Park Thingvellir  był miejscem kręcenia hitowego serialu telewizyjnego Gra o tron.

„Nie każda góra została stworzona po to, by ją zdobyć.

Ale każda przypomina nam, jak wysoko może sięgnąć nasze marzenie.”

  

„Nie wracamy tacy sami z miejsc, które nauczyły nas milczeć.”

  

„Niektóre miejsca nie potrzebują świątyń. Same w sobie są modlitwą.”

  

„Czasem to, co wygląda jak obcy świat, przypomina nam, jak niezwykła jest nasza własna planeta.”

  

„Niektóre miejsca nie tworzą wspomnień. One wchodzą w pamięć tak głęboko, że stają się jej częścią.”

  


Szczyt Hraundrangi
 i doliny 
Öxnadalur oraz Hörgárdalur.

 

W takich miejscach uświadamiasz sobie, że prawdziwe granice rzadko leżą w terenie. Najczęściej wyznacza je umysł.

 

Mówi się, że to jeden z najbardziej ikonicznych szczytów Islandii - i trudno się z tym nie zgodzić.


Hraundrangi, o ostrym, poszarpanym kształcie, wyłania się z krajobrazu niczym skalna iglica, przecinająca błękit nieba i dominująca nad zielonymi dolinami. To właśnie ta kontrastowa sceneria - dramatyczna forma góry zestawiona z miękkością trawiastych zboczy, czyni to miejsce jednym z najbardziej fotogenicznych na wyspie. 


U samego wierzchołka góra ma zaledwie niecałe 1,5 metra kwadratowego powierzchni, co sprawia, że na samym szczycie może stanąć tylko jedna osoba. Ze względu na swój nietypowo wąski szczyt, Hraundrangi uznawana jest za jeden z najbardziej szalonych i wymagających szczytów Islandii. Hraundrangi wznosi się na wysokość 1075 metrów a sama iglica wynosi 80 metrów.


Przez dziesięciolecia nikomu nie udało się wspiąć na jej wierzchołek i uznawano ją za górę nie do zdobycia. Dopiero w 1956 roku Finnur Eyjólfsson i Sigurður Waage członkowie Islandzkiej Grupy Ratownictwa Lotniczego oraz Nicholas Clinch- porucznik Sił Powietrznych USA zdobyli ten nieosiągalny jak dotąd szczyt.


Do dnia dzisiejszego, górę zdobyło zaledwie 150 osób. To potwierdza majestat, surowość i niedostępność tej iglicy, która wciąż pozostaje wyzwaniem nawet dla doświadczonych wspinaczy. 

Szczyt jest częścią górskiego grzbietu Drangafjall, który oddziela dwie malownicze doliny: Öxnadalur i Hörgárdalur - rozciągające się pośród dzikich, niemal nietkniętych przez człowieka terenów.
Nie sposób było się nie zatrzymać w milczeniu, pośród tych rozpościerających się wokół dzikich dolin i monumentalnych szczytów.


Pejzaż tego miejsca wymyka się słowom - to przestrzeń, którą trzeba poczuć całą sobą. Spójrzcie sami na zdjęcia. Ten dziki, cichy, nietknięty przez człowieka krajobraz zakorzenił się we mnie na zawsze. Wiem, że będzie tkwił w moim sercu do końca życia.
 

Akureyri

 

Malownicze miasteczko

nieopodal koła podbiegunowego.

 

 

Otoczone wysokimi górami, położone nad urzekającym Fiordem Eyjafjörður, Akureyri to jedno z najbardziej urokliwych miasteczek północnej Islandii.


Choć leży zaledwie 100 km od koła podbiegunowego, latem potrafi ogrzać nas promieniami słońca i otoczyć bujną, zieloną roślinnością. 


Panorama tego  miejsca robi ogromne wrażenie. Rybackie kutry przycumowane do kamienistych brzegów, kontrastują z ogromnymi, luksusowymi  wycieczkowcami, a w tle rozpościera się widok ośnieżonych szczytów skąpanych w chmurach. Akureyri jest czwartym co do wielkości miastem Islandii, znaczącym portem morskim oraz lotniczym.


Po kilku dniach podróży przez dzikie, odludne i surowe krajobrazy, widok większej cywilizacji był niemal surrealistyczny - jakbyśmy nagle przenieśli się do zupełnie innego świata. Odwykliśmy od miejskiego zgiełku, od skupisk ludzi, od codziennego pośpiechu. Cisza i bliskość natury stały się naszą nową normą. Dlatego wejście w przestrzeń miejską - nawet tak urokliwą jak Akureyri, było uczuciem dziwnym. Jak powrót do znanego świata, który jednak już trochę się od nas oddalił.

Po tylu dniach w ciszy, z dala od ludzi, nagle znów jesteśmy pośród nich. Ale coś się zmieniło.
To nie miasto jest inne - to my.
Cisza natury zostawiła w nas ślad, który nie znika od razu.
 

Ale to, co najbardziej mnie urzekło - i czego nie spotkałam nigdzie indziej na świecie - to… sygnalizacja świetlna. Gdy zapala się czerwone światło, ukazuje się ono w kształcie serca. Drobny szczegół, a jednak tak bardzo symboliczny - pełen ciepła i delikatności, dodający uroku temu miastu i wywołujący uśmiech nawet w pochmurne dni. 

 


 

Goðafoss  

 

"Boski", "kapłański" wodospad 
północnej Islandii

 

Jeden z największych i najbardziej spektakularnych wodospadów Islandii. Imponujący swoją wielkością, a także otaczającym go masywem zastygniętej lawy i zaśnieżonymi szczytami, fascynuje każdego, kto tutaj dotrze. 


Pole zastygniętej lawy otaczające Goðafoss ma ponad 7000 lat, a sam wodospad zasilany jest przez rzekę Skjálfandafljót, która swój początek bierze z największego lodowca Europy - Vatnajökull. Mleczno-błękitne wody spadają tu kaskadami z wysokości 12 metrów, rzeźbiąc skalne podłoże i tworząc 30-metrowy wąwóz, wypełniony wirującą, lodowatą wodą.


To żywioł i piękno w najczystszej postaci.


Ponad wodami Goðafoss znajduje się mostek, z którego podziwiać możemy piękno tego miejsca w całej swej krasie. Z obu stron wiją się ścieżki, porośnięte dziką, islandzką roślinnością, której gatunków nie sposób rozpoznać. 


Mój zachwyt nie ma końca. Zobaczyć tak wiele wspaniałych i nieskazitelnych miejsc to prawdziwie boskie doświadczenie. Świat natury ma nam tyle do zaoferowania, a my widzimy zaledwie jego mały skrawek.


Każdy dzień tej podróży przypomina mi, jak ogromna, piękna i niepojęta jest nasza planeta. 

Stojąc na mostku ponad wirującą rzeką, czułam, że wszystko, co ważne, mieści się w tej chwili: oddech, wdzięczność, istnienie.

 

 

Skútustaðagígar

 

Niezwykle rzadko spotykane kratery -

ziemskie i... pozaziemskie

 

 

Te jaskrawozielone, stosunkowo płaskie kratery to dzieło samej Matki Natury.


Co ciekawe te występujące niezwykle rzadko formacje, znajdują się jedynie w kilku miejscach na ziemi: Islandii, Hawajach, Azorach oraz...na Marsie!


Nazywa się je również sztucznymi kraterami czy też pseudokraterami. Wszystko ze względu na nietypową genezę ich powstania. Około 2300 lat temu doszło do erupcji pobliskich wulkanów Lúdentaborgir i Þrengslaborgir. W wyniku wybuchu ogromne ilości gorącej lawy spłynęły na podmokłe tereny w okolicy Mývatn. Ciśnienie wytworzone przez różnicę temperatur spowodowało eksplozje, tworząc formy przypominające wulkaniczne kratery.


Otoczone seledynową wodą jeziora Mývatn, błękitne, niemal bezchmurne niebo i ciepłe, łagodne słońce tworzą razem unikalny krajobraz.

 

Odkrywanie kolejnych miejsc dzikiej i surowej Islandii to jak podróż po muzeum z najpiękniejszymi eksponatami natury i kolekcją dzieł stworzonych przez czas, ogień, wodę i lód. 

 

W takich miejscach czuję, jak zaciera się różnica między tym, co realne, a tym, co wyobrażone. Bo oto stoję na czymś, co równie dobrze mogłoby być fragmentem Marsa... a jednak to wciąż Islandia.


Nie trzeba lecieć w kosmos, by doświadczyć cudu.
 

Hverfjall Volcano.

 

Jeden z największych i najlepiej zachowanych kraterów na świecie.

 

Majestatyczny. Ogromny. Zachwycający. Niespotykany.


Tymi słowami można opisać wulkan Hverfjall, powstały w wyniku potężnej erupcji około 2800 lat temu. Wygasły już wulkan wznosi się na wysokość około 420 metrów, a jego imponująca szerokość wynosi około 1 km na szczycie i aż 2 km u podstawy! 


Jego strome, czarne zbocza odważnie schodzą w dół, spotykając się z bujną, dziką i różnokolorową roślinnością okolic Mývatn. Wschodzące słońce łagodnie próbuje przebić się przez jego masywny szczyt, kontrastując jednocześnie z czernią jego struktury. Patrząc na tę scenerię, ma się wrażenie, jakby to właśnie krater rodził światło dnia - jakby to z jego wnętrza wyłaniał się pierwszy blask poranka. 


Będąc bliżej, na czarnym jak sadza wulkanicznym popiele, można dostrzec malowniczo rysujące się pęknięcia - jakby ziemia sama opowiadała historię jego powstania. Każda linia, każda rysa na powierzchni krateru to ślad dawnych sił, które kształtowały to miejsce tysiące lat temu.


Stoję na skraju szutrowej drogi i podziwiam to dzieło świata. Wokół mnie tylko bezkresne, barwne pola, unoszące się chmury pary z pobliskiego Hverir i cisza, która przeszywa wszystko. Nie mogę uwierzyć, że właśnie tu jestem - na skrawku islandzkiej ziemi, patrząc na jeden z najpiękniejszych kraterów świata. Natura, ziemia, powietrze, światło i historia czasu otaczające mnie ze wszystkich stron.


A ja stoję w tym wszystkim, szczęśliwa i wdzięczna, że mogę tego doświadczać.

W takich chwilach człowiek nie chce więcej.

Chce tylko... zostać jeszcze chwilę.
 

DZIEŃ VI

PÓŁNOCNA

  I PÓŁNOCNO - ZACHODNIA ISLANDIA

 

Słońce, przestrzeń i pokorna lekcja odpuszczania.

 

Tego dnia, w planach miałam przeprawę przez całą północną Islandię i zakończenie go tuż przed Fiordami Zachodnimi, tak by siódmego dnia o świcie móc rozpocząć eksplorację tego surowego, pięknego regionu. 


Cały dzień zapowiadał się intensywnie - pełen krajobrazów, emocji i dłuuugiej drogi. Ale my… zaczęliśmy się już chyba do tego przyzwyczajać. Islandia uczyła nas codziennej gotowości do nieprzewidywalnego. I pokory wobec sił natury.
Zmęczenie i niedospanie coraz mocniej dawały się we znaki, ale widoki rekompensowały wszystko, co niewygodne i trudne. Tego dnia mieliśmy pogodę jak na zamówienie - jakby sama Islandia chciała nam wynagrodzić poprzedni, szary, mglisty i chłodny dzień. Słońce dogrzewało nas z każdej strony, a błękitne, niemal bezchmurne niebo tworzyło przepiękny kontrast z surowym krajobrazem - ośnieżonymi szczytami, pustynnymi równinami i bujną zielenią. To był ten rodzaj dnia, który zostaje w sercu na długo - bo światło, ciepło i przestrzeń niosły w sobie czystą radość istnienia.

Jednak w połowie trasy musiałam podjąć łamiącą mi serce, lecz konieczną decyzję - w tej podróży odpuszczamy Fiordy Zachodnie. Nie chciałam ich zwiedzać na szybko, pomijać miejsc, które zasługują na uwagę, ani spieszyć się tam, gdzie wszystko powinno być kontemplowane powoli. Dodatkowo prognozy nie były optymistyczne. W rejonie Fiordów zapowiadała się zła pogoda, i mimo, że mieliśmy auto 4x4, ryzyko podróży w takich warunkach, szczególnie pod koniec wyprawy, było zbyt duże. 
Mimo, że jestem bardzo uparta i trudno było mi się pogodzić z myślą, że po prostu nie zdążymy ich zwiedzić - z bólem serca odpuściłam Fiordy Zachodnie. To była dla mnie wielka lekcja odpuszczania. Lekcja pokory, odpowiedzialności i uznania dla warunków, jakie panują na tej wyspie - gdzie to natura wyznacza rytm, a nie nasze plany.

Wiem jednak, że jeszcze tam wrócę.
Na spokojnie. Bez pośpiechu. Tak, by delektować się każdym zakrętem, każdą zatoczką, każdą perełką, jakich nie znajdę nigdzie indziej.
Dzień zakończyliśmy w przepięknych okolicach Parku Þingvellir.
 


Atrakcjami na ten dzień były: 


⦁    Hverfjall Volcano
⦁    Skútustaðagígar
⦁    Goðafoss – waterfall
⦁    Akureyri
⦁    Hraundrangi Mountain
⦁    Oxnadalur & Horgardalur Valley
⦁    Hvalfjörður Tunnel
⦁    Þingvellir Park Narodowy
⦁    Öxarárfoss – waterfall
⦁    Silfra


Kemping: Þingvellir tjaldsvæði Campsite - link Thingvellir Campsite

 

 

 

 

„Podróż uczy łagodności. Zabiera wygodę, do której tak bardzo przywykliśmy,

lecz oddaje coś cenniejszego - wdzięczność za to, czego zwykle nie doceniamy.”




  


„Niektóre miejsca nie żegnają - one czekają.

Cicho, z wiatrem we włosach i przestrzenią w sercu.”


  

Holmsberg Lighthouse

 

Klimatyczna latarnia morska półwyspu Reykjanes.

 

Droga prowadzi nas przez zielone, przybrzeżne łąki, na których pasą się i swobodnie galopują dzikie islandzkie konie.

 

Widok wolnych zwierząt, żyjących w harmonii z surową naturą, porusza mnie najbardziej. Jest w tym coś niezwykle wzruszającego - patrzeć, jak żyją bez ograniczeń, bez ludzkiej ingerencji, z dala od zgiełku i zła współczesnego świata.


Ostatnim przystankiem naszej islandzkiej przygody była ta urocza, pomarańczowa latarnia morska, położona tuż nad klifami Stakksfjörður, na skraju półwyspu Reykjanes.

 

Wciąż spełnia swoją funkcję - służy jako punkt nawigacyjny dla żeglarzy.
Samotna, wtopiona w krajobraz i otoczona bezkresem Atlantyku, stała się idealnym miejscem na ostatni oddech przed powrotem. W ciszy, pośród zielonych traw, słuchając jedynie islandzkiego wiatru i szumu fal, chłonęłam każdą chwilę i kumulowałam w sobie emocje nagromadzone podczas ośmiu niezwykłych dni na wyspie.

Stąd już tylko ostatnia prosta do Keflavíku i lotniska.

 

Żegnamy się z Islandią - z wdzięcznością, wzruszeniem i cichym postanowieniem, by kiedyś tu powrócić. To nie jest koniec. To tylko zatrzymanie się na oddech – głęboki, wdzięczny i pełen emocji.

 

Islandia nie żegna, Islandia zostaje – gdzieś pomiędzy klatką piersiową a marzeniem o powrocie.

 

 

 

DZIEŃ VIII

POŁUDNIOWO- ZACHODNIA ISLANDIA

 

Najpiękniejsza laguna, basen w oceanie i pożegnanie z wyspą.

 


Po pełnej wzruszeń nocy, podczas której pierwszy raz w życiu zobaczyłam zorzę polarną, obudziliśmy się wypoczęci i co najważniejsze - wreszcie rozgrzani. Po sześciu zimnych, islandzkich nocach spędzonych w namiocie i aucie, hostelowe łóżka wydawały się nad wyraz wygodne.


Wystawianie się na niewygodę i surowe warunki, tak różne od codziennego komfortu w jakim żyjemy, sprawia, że człowiek łagodnieje. Zaczyna dostrzegać to, co naprawdę ważne. Docenia najprostsze rzeczy jak; ciepły, domowy posiłek, gorącą wodę, miękkie łóżko.


Otulająca, pachnąca pościel kusiła, by zostać w niej choć chwilę dłużej… Lecz to był nasz ostatni dzień na tej wyjątkowej wyspie. I nie zamierzałam zmarnować ani jednej chwili. Pragnęłam zobaczyć i posmakować jej jak najwięcej - nasycić się jej powietrzem, ciszą i niespotykanymi nigdzie indziej widokami. Zostało nam jeszcze kilka godzin, by dać się poprowadzić Islandii raz jeszcze i odkryć ostatnie perełki tej niezwykłej wyspy:

 

⦁    Blue Lagoon
⦁    Brimketill lava pool
⦁    Bridge Between Continents
⦁    Holmsberg Lighthouse

 


 


„Podróż w głąb siebie może nas zaprowadzić dalej, niż byśmy byli w stanie sięgnąć w najśmielszych marzeniach,

poza nas samych i granice poznania.”

MAREK KAMIŃSKI


  


„To miejsce nie tylko rozdziela ziemię.

Ono przypomina, że wszystko, co żywe, rodzi się z ruchu i zmiany.”


  


„Nie każdy żywioł trzeba poskromić.

Czasem wystarczy go uszanować - i pozwolić mu poruszyć serce.”


  


„Są miejsca, które przynoszą ulgę ciału.
Ale są też takie, które przynoszą ulgę duszy.



  

Brimketill lava pool

 

Niezwykły basen lawowy na skraju oceanu.

 


Wyobraź sobie, że siedzisz w basenie tuż nad samym brzegiem Oceanu Atlantyckiego - wykutym nie ludzką ręką, a przez samą Matkę Naturę.

 

Nieposkromione siły Oceanu naturalnie wyrzeźbiły to miejsce z lawy i skał. Jesteś sam,  fale rozbijają się o poszarpane brzegi, a Ty nasłuchujesz kojącego szumu fal i patrzysz przed siebie. To miejsce wygląda jak stworzone do kontemplacji - surowe, dzikie, poruszające do głębi. Jakby ocean, wiatr i czas połączyły siły, by wyrzeźbić coś absolutnie niepowtarzalnego. 


Jednak wejście do basenu Brimketill jest skrajnie niebezpieczne. Prądy oceaniczne, gwałtowne fale i porywisty wiatr w tej części wyspy potrafią być naprawdę silne i mogą stanowić realne zagrożenie. Ale, z bezpiecznej odległości możemy poczuć potęgę żywiołów i zadumę, jaką to miejsce budzi w człowieku. 


Półwysep Reykjanes słynie z dzikich pól lawy, wyjątkowej aktywności geotermalnej i surowych krajobrazów. Czarne, zastygnięte połacie wulkanicznej  lawy rozciągają się aż po horyzont, a między nimi - piasek, niepokorne trawy i oceaniczne glony, wyrzucone przez fale na brzeg. Surowość tego miejsca nie onieśmiela - ona porusza i zachwyca. To kraina kontrastów, gdzie ziemia spotyka się z ogniem, a wiatr z solą oceanu tworzy opowieść, którą czujesz każdą komórką ciała. 


Stojąc tu, czułam się jak odkrywca na krańcu świata. Zapatrzona w otchłań oceanu i nieosiągalną linię horyzontu, łapałam te chwile całą sobą - by później, już z dala od Islandii, wracać do nich i nasycać się ich wspomnieniem.

 

Brimketill nie jest atrakcją, to nie spektakl. To święto natury, które odbywa się codziennie bez publiczności.
To przestrzeń, która przypomina, że wszystko, co najpotężniejsze, powstało bez ludzkiej ingerencji: wiatr, fale, lawa, cisza.
 

 

 

 


„Nie spodziewałam się niczego, a dostałam wszystko. Zorza przyszła niespodziewanie. Tak jak spełnione marzenia.

I wszystko we mnie zamarło z zachwytu.”


  

Bridge Between Continents

 

Most łączący Amerykę Północną z Europą. Jedyne takie miejsce na Ziemi. 
 
 
 

Czy da się przejść z Europy do Ameryki w zaledwie minutę? Otóż tak! Islandia kolejny raz pokazuje, że niemożliwe staje się możliwe. 


Wszystko za sprawą Mostu Kontynentalnego wzniesionego nad szczeliną dzielącą dwie potężne płyty tektoniczne: euroazjatycką i północnoamerykańską.

 

To jedyne miejsce na Ziemi, gdzie możemy podziwiać proces rozdzielania się kontynentów na powierzchni, formowane od tysięcy lat. Półwysep Reykjanes położony jest na jednej z głównych granic tektonicznych świata - Grzbiecie Śródatlantyckim. Rozciaga się on od Arktyki aż po Antarktydę, skryty pod wodami oceanu. Jednak tutaj, na Islandii, wynurza się na powierzchnię i ukazuje swoje surowe, potężne oblicze. To właśnie w tym miejscu można zrozumieć zmiany jakie zachodzą na Ziemii. Ciągłe przemiany powodują zwiększanie się szczeliny o około 2.5 cm rok do roku. 


Moja niespokojna, głodna wrażeń dusza poprowadziła mnie w sam środek szczeliny między kontynentami. Pod stopami miałam drobny, czarny piasek - niemal jak popiół z pradawnych czasów, cichy świadek potężnych sił natury. Szłam powoli, jakby każdy krok miał znaczenie. Bo miał. Uświadomiłam sobie, że właśnie spaceruję po części najdłuższego grzbietu górskiego na naszej planecie - Grzbietu Śródatlantyckiego, który w tym jednym, niezwykłym miejscu wynurzył się nad poziom wody. 


To uczucie było absolutnie oszałamiające. Stałam w miejscu, które dosłownie rozdziera planetę na dwie części. W jednym momencie byłam w Europie i Ameryce - jakby czas i przestrzeń nie miały tu żadnego znaczenia. Jakby przez chwilę można było dotknąć samego serca Ziemi.
 

 

Blue Lagoon

 

Geotermalne spa pośród pól lawowych. 
Jedno z największych cudów świata. 

 

To bez wątpienia najpiękniejsze spa, w jakim do tej pory byłam - usytuowane pośrodku pola zastygłej lawy, na surowym półwyspie Reykjanes. Otoczone niemal księżycowym krajobrazem, zachwyca spokojem i kojącym widokiem mchu porastającego czarne, wulkaniczne skały.


Lazurowa, mleczno-niebieska woda, otulająca ciało swoim naturalnym ciepłem, jest podgrzewana przez wulkaniczną energię płynącą z wnętrza wyspy. Dzięki zawartości krzemionki, alg i innych minerałów, nie tylko relaksuje, ale też regeneruje skórę. Unosząca się nad powierzchnią para nadaje miejscu magicznego charakteru - jakby czas zwalniał, a świat stawał się bardziej miękki, spokojny, łagodny.

 

To idealne miejsce dla zmęczonego, przemarzniętego ciała po tygodniowej wyprawie przez najdalsze zakątki Islandii. Chwila wytchnienia i zanurzenia - nie tylko w ciepłej wodzie, ale też we własnych myślach. To czas na dłuższą przerwę i kontemplację.
Na przywoływanie wspomnień z miejsc, które zapierają dech. Na wdzięczność za to, że mogę tu być - całą sobą. Tu i teraz. To moment, kiedy Islandię można poczuć wszystkimi zmysłami: jej zapach, dźwięk wiatru, szorstkość lawy pod dłonią, miękkość mchu, ciepło wody i zimno powietrza na policzkach. Chwila, która koi i zostaje w sercu na zawsze.


Świadomość, że właśnie pływam w gorących wodach, a pode mną znajduje się prawdziwe pole lawowe, to kolejne doświadczenie, które utwierdza mnie w przekonaniu, że naprawdę warto wierzyć w marzenia. Warto iść po swoje - z odwagą, zaufaniem i determinacją. Nie bać się, przełamywać lęki, wychodzić poza to, co znane i wygodne.


Bo tylko dzięki temu, jestem teraz tutaj. I mogę dzielić się z Wami tym światem. Opisywać dla Was, cudowne i niezwykłe miejsca na ziemi, które nie tylko zachwyciły mnie krajobrazem, ale zostawiły trwały ślad w sercu.

 

W tej nieziemskiej scenerii nie trzeba niczego udowadniać.
Można po prostu być - bez pośpiechu, bez maski, zanurzona w tym, co prawdziwe.
I może właśnie dlatego, to miejsce nie tylko koi. Ono przypomina, że jestem dokładnie tam, gdzie miałam być.
 

 


 

 

 

Reykjavík

 

Miasto wrażliwych, niespokojnych duchów, którzy swoją twórczością potrafią oddać esencję tej wyspy: surowość, melancholię, magię i piękno.

 

Największe miasto Islandii i zarazem najdalej wysunięta na północ stolica świata. Choć nie zachwyca tak spektakularnie jak dzika reszta wyspy, ma w sobie coś magnetycznego.


Położone nad malowniczą Zatoką Faxaflói, z której rozpościera się widok na surowy masyw górski Esja i wody lodowatego Atlantyku - przyciąga, intryguje, zatrzymuje. Spacerując wzdłuż brzegu oceanu, czując zapach portu, ryb i tej resztki dzikości - czuję spokój. Jakby Reykjavík był pomostem pomiędzy naturą a cywilizacją, przystanią dla tych, którzy pośród miejskiego zgiełku wciąż tęsknią za dziką przestrzenią. Na skraju kamienistego wybrzeża wznosi się charakterystyczna rzeźba, przypominająca łódź dawnych wikingów. Sun Voyager - czyli „Podróżnik Słońca”, opisywany jako oda do światła, wolności i marzeń. Według artysty, to symbol nadziei, tęsknoty za nieodkrytym i za tym, co jeszcze przed nami. 

Kierując się wgłąb miasta, poznajemy wąskie uliczki, zabudowane kolorowymi kamienicami, z których każda zdaje się opowiadać własną historię. W ich wnętrzach mieszczą się lokalne sklepiki z rękodziełem, urocze pamiątki oraz drobne, rodzinne zakłady - wszystko autentyczne, islandzkie, proste, a zarazem tak niezwykle klimatyczne. Idąc coraz wyżej, docieramy w końcu do jednego z najbardziej rozpoznawalnych symboli Reykjavíku - Kościoła Hallgrímura. 


Ta niezwykła budowla, przypominająca swoją formą monumentalne kościelne organy, wznosi się dumnie ku niebu. Jej charakterystyczna fasada, wysoka na 73 metry, na tle pochmurnego nieba robi piorunujące wrażenie.


Reykjavík, mimo swej prostoty, geometrycznych form i szarych uliczek, kryje w sobie wiele opowieści - tych o pierwszych Wikingach, którzy osiedlali się na wyspie, jak i tych o nowoczesnej, kreatywnej duszy Islandii. To właśnie tutaj historia splata się ze sztuką. Reykjavík od lat przyciąga artystów - wrażliwych, niespokojnych duchów, którzy swoją twórczością potrafią oddać esencję tej wyspy: surowość, melancholię, magię i piękno.

Jako miłośniczka muzyki nie mogę nie wspomnieć o niezwykłych islandzkich twórcach, którzy właśnie tutaj stawiali swoje pierwsze muzyczne kroki.

Björk - ikona alternatywnej sceny, eksperymentalni GusGus, a także moi ukochani Ólafur Arnalds i Sigur Rós - ich dźwięki to czysta Islandia: przestrzeń, cisza, wiatr, mgła, światło i czas. To właśnie przy ich muzyce - delikatnej, głębokiej, przeszywającej, można w pełni poczuć klimat tej krainy.

Polecam włączyć ich utwory podczas czytania. Wtedy Islandia przemówi do Was nie tylko obrazem, który udało mi się uchwycić w kadrach,  ale i dźwiękiem - głęboko, do samego serca.
 


 

 

DZIEŃ VII

ZACHODNIA ISLANDIA

 

Odpoczynek, stolica Islandii i zorza polarna.

 


Przedostatnia noc niestety nie należała do najprzyjemniejszych.

Kemping w Þingvellir tjaldsvæði okazał się największym rozczarowaniem całej podróży. Niewiele udogodnień, zaledwie kilka toalet i pryszniców, do których ustawiała się kolejka nie do przejścia - a do tego najzimniejsza noc, jaką przyszło nam tam przeżyć.
Mimo śpiworów i kilku warstw odzieży termoaktywnej, spanie w aucie i namiocie przy -5°C potwornie nas wyczerpało. Zimno przenikało do szpiku kości, a ja z samego rana, odpalając samochód, by się ogrzać, zaczęłam gorączkowo szukać jakiegokolwiek noclegu na kolejna noc. 


Szybkie przeszukanie Airbnb zaowocowało rezerwacją przytulnego hostelu w samym sercu stolicy Islandii - Reykjavíku. Tego dnia, postanowiliśmy część czasu poświęcić na niespieszne zwiedzanie miasta, a resztę na odpoczynek, ogrzanie się i przygotowanie pysznego, domowego obiadu. To był dzień łagodnego zatrzymania się.

Kolejny raz przekonałam się, że nie warto forsować nic na siłę. Czasem trzeba po prostu odpuścić - dla ciała, dla ducha, dla komfortu. I to też jest część podróży. I to też jest w porządku.


Zwiedzanie Reykjavíku było ciekawym doświadczeniem -to miasto ma swój rytm, kolory i historię. Jednak po przejechaniu niemal całej Islandii, po dniach spędzonych wśród odludnych i dzikich krajobrazów, trudno było mi odnaleźć się wśród miejskiego gwaru i betonowych ulic.  Przyzwyczajona do ciszy, przestrzeni i niezakłóconego kontaktu z naturą, czułam się trochę jakbym trafiła do innego świata. Ludzie, światła, witryny sklepowe i ruchliwe ulice -wszystko to wydawało się zbyt intensywne.  Reykjavík miał swój urok -kolorowe domki, uśmiechnięci ludzie, zapach kawy unoszący się z lokalnych kafejek, ale moje serce zostało wśród wulkanów, wodospadów i surowych wybrzeży.


Najpiękniejszą częścią tego dnia było coś zupełnie nieoczekiwanego -spełnienie mojego małego, wielkiego marzenia. Gdy wieczorem aplikacja do śledzenia zorzy polarnej zaczęła wysyłać mi alerty, że właśnie tu, w naszej lokalizacji, pojawia się szansa na jej zobaczenie -serce zabiło mi mocniej. 


Nie spodziewałam się wiele, bo światła Reykjavíku mogły skutecznie przyćmić subtelny taniec zorzy. A jednak… udało się! Na niebie pojawiła się delikatna, zielona smuga, potem kolejna - i tak rozpoczął się mój pierwszy w życiu spektakl zorzy polarnej. Trwał tylko kilka minut, ale był najpiękniejszym pokazem natury, jaki kiedykolwiek widziałam.

Doświadczenie czegoś tak ulotnego, co wcześniej znałam tylko z filmów podróżniczych czy zdjęć, było absolutnie przeszywające. Zamarłam - z zachwytu, z wdzięczności, z emocji.
To była magia i sztuka w najprostszej, i najczystszej formie.

 

 

 

„Życie nie musi być biegiem. Może być oddechem.  I zachwytem nad tym, co większe od nas - i trwalsze.”

 

 
A group of icebergs floating on top of a body of water

KONIEC CZĘŚCI III

 

Czasem trzeba wyjechać naprawdę daleko, by zbliżyć się do siebie samej. Islandia, ze swoją surowością i ciszą, pokazała mi, że to, czego często szukamy w świecie zewnętrznym, najpełniej odnajdujemy w sobie - gdy tylko zwolnimy, wsłuchamy się i pozwolimy sobie po prostu być.

 

Islandia uświadomiła mi coś bardzo prostego, a zarazem głęboko poruszającego - że największe przemiany nie zawsze przychodzą przez wielkie wydarzenia, ale przez ciszę, przestrzeń i uważność. Tam, pośród wszystkich dzikich krajobrazów, zaczęłam wyraźniej słyszeć siebie. Zniknął zgiełk, oczekiwania, porównania. Zostało tylko to, co prawdziwe: oddech, rytm kroków, chłód powietrza, bicie serca.

Zrozumiałam, że życie nie musi być ciągłym biegiem za czymś dalej i więcej. Że sens może kryć się w byciu obecnym pośród całego piękna życia - w tu i teraz. W jednym głębokim wdechu. W spojrzeniu na niebo. W dotyku kamienia, który leży w tym samym miejscu od tysięcy lat. W doświadczeniu historii zapisanej w krajobrazie, w przemianach Ziemi, które dzieją się poza naszym wpływem i poza naszym czasem.

Stąpałam po żywej, namacalnej strukturze Ziemi, mając pełną świadomość, że jestem tu tylko gościem - zaledwie na chwilę, na ułamek sekundy w skali tego, co trwa od milionów lat. 
Oczyszczające, pierwotne wodospady orzeźwiające moją twarz. Kąpiel w gorących, geotermalnych wodach u stóp wulkanu. Stąpanie po czarnym piasku atlantyckiego wybrzeża. Dotyk lodowca - największego w całej Europie. Spacer między kontynentami i płytami tektonicznymi Grzbietu Oceanu Atlantyckiego. Marsjańskie krajobrazy Hverfjallu, gdzie czas zdaje się nie istnieć. Niepojęte zjawisko zorzy polarnej, przeszywające noc jak oddech wszechświata. I surowe, skrajne warunki niemal arktycznej Islandii, które przeszywają na wskroś, każą się zatrzymać. 

Poczuć. I być.
To wszystko uczy pokory. Ale też wdzięczności. Bo być częścią tego, choćby na moment - to wyjątkowy przywilej.

To właśnie tu, po raz pierwszy poczułam, że nic nie muszę, a jednocześnie mogę wszystko.

Bo mam w sobie spokój. I gdy jestem w zgodzie ze sobą i z naturą, świat przestaje być miejscem rywalizacji, a staje się przestrzenią współodczuwania.
Islandia stała się dla mnie nie tylko kierunkiem podróży, ale także wewnętrzną mapą - drogowskazem do dalszego życia. Bardziej świadomego, odważnego i wdzięcznego.
 I dziś wiem, że nie chcę tylko odwiedzać miejsc. Chcę je przeżywać. Chcę je czuć. I opowiadać o nich tak, by ktoś z Was też poczuł, że warto się zatrzymać. Przewartościować swoje dotychczasowe życie. Wyruszyć. I odnaleźć siebie pośród wszystkiego, co dzikie i prawdziwe.
 

 

Moi Drodzy Czytelnicy,

mam nadzieję, że udało mi się choć trochę przybliżyć Wam niezwykłe piękno tego świata.

Że przez moje słowa i obrazy mogliście poczuć surowość islandzkiego wiatru, zobaczyć potęgę wodospadów i zatopić się w ciszy lodowca.
Te krajobrazy - dzikie, niedotknięte i pełne mocy, niech będą dla Was inspiracją.

Do marzeń. Do zatrzymania się. Do przypomnienia sobie, co naprawdę Was porusza. Kim jesteście. Do tego by ruszyć z miejsca i dać się ponieść swoim pragnieniom i światu.


Podróże takie jak ta nie kończą się na lotnisku. One zostają w nas na zawsze. 

W spojrzeniu, w rytmie serca, w sposobie, w jaki patrzymy na codzienność.

 

 

Z całego serca dziękuję, że towarzyszyliście mi w tej podróży. <3
Do zobaczenia w kolejnych opowieściach - gdziekolwiek poniesie mnie świat. 🌍 
 


 

Copyright © OVER THE HORIZON -  | Wszelkie prawa zastrzeżone

 POPULARNE POSTY

 

  Nie wiesz jak zacząć? 

 

 

Jako marka Over The Horizon, inspiruję ludzi do odkrywania świata i siebie.

Łącząc pasję do podróżowania z dążeniem do rozwoju osobistego, oferuję więcej niż tylko zwykłe doświadczenia turystyczne – tworzę przestrzeń do wzrostu, samopoznania i budowania życia pełnego spełnienia,  w której podróże stają się katalizatorem zmiany i wdzięczności za każde nowe doświadczenie.

Moje treści inspirują do poszerzania horyzontów i pomagają ludziom odkrywać ich pełny potencjał.